środa, 14 grudnia 2011

żeby nie oszaleć z samą sobą, wśród niezrozumienia, głupich myśli, samotności i ciężkich westchnień sprzątam..
szoruję, myję, odkurzam, prasuję, segreguję, układam, wyrzucam..
może jak posprzątam dookoła ułoży się też w mojej głowie.

na przekór ostatnim zdarzeniom, kłótniom, i niszczycielskiemu pędowi w stronę samounicestwienia chcę ażeby święta były spokojne.. ciche.. rodzinne..

to nie jest tak, że w moim życiu nie ma miłości. JEST.
jest to trudna miłość.
może i toksyczny związek.(?)
może jestem masochistką. (?)
może wierzę w szczęśliwe zakończenia. (?)

ile spała ta pieprzona śpiąca królewna zanim ją ten frajer pocałował???

czwartek, 8 grudnia 2011

dwa sny

w zeszłym tygodniu śniło mi się...
byłam z dwoma chłopcami (synami) w parku. siedziałam na ławce a chłopcy stali na przeciwko mnie. rozmawialiśmy, śmialiśmy się, coś dla nich wyciągałam z torebki.
nagle podeszła do nas kobieta ze sztyletem w dłoniach. był wielki i ciężki. trzymała go dwoma rękoma i wbiła mi go centralnie w sam szczyt czaszki.
chłopcy na to patrzyli.
wstałam z ławki. po czym upadłam twarzą na parkową ścieżkę.
w głowę było mi bardzo gorąco, bolała, ale już za chwilę gdy zauważyłam kątem oka kałużę krwi, robiło się błogo, świat uciekał.
nade mną stali chłopcy.

dziś w nocy śnił mi się...
ciąg zdarzeń. jakaś impreza, wracam z przyjaciółmi do domu. dziwne połączenie moich znajomych, którzy nie znają się nawzajem w rzeczywistości.
idziemy ulicą na której mieszkałam w dzieciństwie.
nagle pojawia się za nami kobieta z nożem. wbija mi go w potylicę. czuję straszny ból. nie tak jak ostatnio ciepło i błogość, tylko przeraźliwy ból. mój kolega, który ze mną był próbuje mnie bronić, ale jest za późno.
następna scena.
leżę w pokoju sparaliżowana. nie mogę się ruszyć. jest tam też kobieta która wbiła mi nóż w tył głowy.
boję się.

przypadek?

nie wiem.
***
może to przez to, że ciągle boli mnie głowa.

dlaczego dwa razy to samo?
myślę..

wtorek, 6 grudnia 2011

nie mam sekundy dla siebie,
a zostałam oskarżona o zdradę..

nie wychodzę prawie wcale z domu,
a ponoć mam kochanka..
(chyba wirtualnego)

każdego dnia dowiaduję się o sobie nowych rzeczy.
każdego dnia walczę o przetrwanie. w ciszy, samotnie.
jedynym moim upustem emocji jest to miejsce - choć mam tutaj też ograniczony czas.

panicznie boję się przyszłości.
dom w którym mieszkam (a raczej sprzątam i zajmuję salonową kanapę) nie jest od dawna domem.
mam w tych ścianach tyle marzeń...
i tylko marzeń.
pozwolicie, że trochę popłaczę?

gubię się w tym wszystkim. boję się zagubić w tym synka. boję się, że jego mała raczka wyślizgnie mi się, że go popsuję, i że odpokutuje za to co robimy przez resztę życia.. jego psychika.
jest już duży, obserwuje, koduje, przeżywa..

zbliżają się święta.
nienawidzę świąt!
nienawidzę filmów o miłości.
nienawidzę ściskających się par.
nienawidzę karierowiczów i szczurów.

kocham mojego synka.
staram się kochać siebie.
lubię mruczenie mojego kotka.
kocham moje chwile samotności.
ukrytego papierosa..
głośną muzykę w samochodzie,

chcę być wolna.

czwartek, 1 grudnia 2011

błąkam się po domu.
moje nastroje są straszliwie zmienne - od euforii do kompletnej apatii, i tak w kółko..
nie radzę sobie - a jednocześnie walczę ze sobą wewnętrznie - nie chcę wracać do przeszłości..
***
boję się, że to się odbije na Bąblu..

mam dość jęczenia, narzekania ale zbyt mało siły by stawić czoło ŚWIATU

***
wskazówka życia
ukazała mi ciepło twoich ust,
lecz... zatopiłam wzrok w zimnym zielonym 
szkle nadziei,
może przyjdzie jeszcze świt..

piątek, 25 listopada 2011

dzisiejszy dzień spędziłam w domku.
wstałam rano.
zaprowadziłam Bąbla do zerówki.
wróciłam.
poszłam spać.
spałam do 12.30.
pojechałam po Bąbla do zerówki.
wróciliśmy do domu. (dom jest w fatalnym stanie - odbija się w jego wyglądzie stan psychiczny gospodyni - od dwóch tygodni nie sprzątane..)
później wrócił ON.
zrobił nam naleśniki.
jakoś cieplej się zrobiło.
***
rzeczywistość spala mnie..

czwartek, 24 listopada 2011

Dzisiejszą noc spędza
na mokrej ławce,
otulona wilgotnym cieniem mgły,
zaprzepaszczona wśród chmur,
nieistniejąca poetka

środa, 16 listopada 2011

acha, chciałam jeszcze dodać, że 1 listopada to od lat symboliczna dla mnie data..
mam dość wyborów pt. za ostatnie 20 zł w kieszeni kupić:
A. paliwo - bo jutro do pracy nie dojadę
B. tabletki na migrenę - bo jak nie mam w torebce to na samą myśl mnie boli głowa
C. Ciniminis - bo Bąbel coś wspominał, że chce, że lubi..

czuję w związku z tym taką bezsilność..

sezon grzewczy wywołuje w nas pierwotne instynkty - przeżyć do wiosny..

mam dość czytania w necie o karierach, zakupach, nadchodzących świętach, prezentach, nowych kolekcjach gdy na lumpex mnie nie stać..

gdzie są w internecie ci zwykli ludzie którym nie starcza od wypłaty do wypłaty?
nie zapłacili rachunku za net?

allegro jest tylko do oglądania - gdy sobie coś zapiszę w obserwowanych i trochę pooglądam aż mi się znudzi ,to tak jakbym to miała, nosiła..

sklep to chleb i mleko i słodycz dla Bąbla na deser w przedszkolu o której nauczyłam się już nie myśleć żeby pożreć, przechrumpać.. i liczenie jak w telewizyjnym spocie: 5 + 3 + 2,50 + 1,6 to ... hmm wystarczy.. w portfelu przeliczam pieniądze w aucie - tak żeby przy kasie nie było wpadki..

telefon z numeru zastrzeżonego to miła pani z banku które obiecuje jutro oddać sprawę do BIKu.. lub okrutny pan z rat za aparat który oskarża  o wyłudzenie 1000 zł na "wymarzony" sprzęt.. zadzwonił w parszywy dzień kiedy jadąc do pracy miałam ochotę na oparach paliwa wjechać pod TIRa.. długo płakałam w ubikacji w pracy. w kąciku. później otarłam łzy, wydmuchałam nos, trzy głęęęębokie wdechy, zacisnąć zęby.. do przodu. jutro będzie lepiej. jeszcze tydzień i wypłata.. dopiero wtorek... oby do piątku, poniedziałku, środy.. kierat..
KURWA! JA PIERDOLE!

obiecałam na cmentarzu 1 listopada babci i dziadkowi, że w przyszłym roku stanę nad ich grobem w nowych kozaczkach, w nowym płaszczyku i zapalę im największego i najdroższego znicza jakiego znajdę. wianki też im kupię nowe - nie będziemy prali kwiatków 4 rok z rzędu. i pojadę do prababci na cmentarz - w tym roku nie starczyło na paliwo - to całe 50 km - są ważniejsze wydatki..
obmyślam plan. odliczanie się rozpoczęło - 365 dni minus 16 - jeszcze 349 dni..

poniedziałek, 7 listopada 2011

nowe dni przynoszą przyciągające się jak magnes porażki.
walka o przetrwanie zaczyna przypominać prymitywną walkę o ogień.
moje wahania nastrojów są nie do zniesienia.

karcę sama siebie w myślach gdy pojawia się opcja, że już nie dam rady.
w najgorszym przypadku - nie sprzątam w domu, nie myję się.. totalny dół, próżnia, zawieszenie, nicość..

z niej tylko mój mały synek mnie wyciąga.
wtedy mówię sobie - weź się w garść i nie grzesz więcej - masz zdrowego szkraba i sama (chociażby fizycznie) jesteś zdrowa więc po co ten płacz..
wszystko będzie dobrze..
nawet kiedy mały spada z karuzeli i prawie wybija sobie oko gdy ja stoję trzy metry od niego...
co k... wtedy mam myśleć?
ostrzeżenie?

przepraszam!

później kolejny wykład na temat tego jaką jestem dobrą matką.

znalazłam sposób na spanie bez snów. w ogóle na spanie. bo z snem u mnie ostatnio kiepsko.
(to mówię ja - największy śpioch w okolicy..)

wykorzystuję też terapię LEGO. siadamy z Bąblem na dywanie i budujemy...
nasz świat z maleńkich klocków...

czwartek, 3 listopada 2011

ostatnio moja mama mi powiedziała, że zawsze chciała żebym wyszła za niego za mąż, żeby mały miał "normalną" rodzinę.. teraz jednak namawia mnie do tego ażebym z Bąblem zamieszkała u nich...
jestem bliska podjęcia ostatecznej decyzji - tym bardziej iż gdy sugeruję, że się wyprowadzę - słyszę "nie mogę się tego doczekać"
to chyba już koniec.
z niedowierzaniem myślę..
to będzie koniec całego mojego poukładanego w głowie świata (okazuje się, że tylko w głowie)
to będzie koniec świata dla mojego syna..
czy mam prawo dobierać mu tatę i poczucie rodzinnego bezpieczeństwa - choćby bardzo pozornego?

najbardziej zabolało mnie wczoraj jedno stwierdzenie - nie udawaj dobrej matki


k.... nie udaję! ja nią jestem i żaden dupek nie wmówi mi, że tak nie jest...

poniedziałek, 31 października 2011




pierwotność, mistycyzm, magia tej muzyki jest niesamowita... 
i jak tu nie wierzyć w reinkarnację?
idealna na mój dzisiejszy nastrój...


napiłabym się... ale jedynym moim źródłem odurzenia może być dziś "tylko" muzyka...


czwartek, 27 października 2011

w oczekiwaniu na bogatego wdowca próbuję nie dać się długom.
przyznawać do błędów, beczeć tylko po kątach i coraz mocniej wierzyć, że kiedyś musi się to skończyć, kiedyś musi być lepiej..

środa, 26 października 2011

czasami mam wrażenie, że nie zdążę w moim życiu osiągnąć tego o czym marzę...

sny rodzą rzeczywistość..

kiedy byłam bardzo młodą dziewczyną pisałam wiersze..
teraz czytając je zastanawia mnie fakt jakie dojrzałe myśli miałam jako 14-16 latka...
zderzenie z dorosłym życiem wyparło ze mnie duszę poetki.
***

jestem zniewolona przez moje sny.
zazdroszczę ludziom którym zdarza się nie śnić.
ja śnie co noc.
są to nierzadko sny cykliczne, powtarzające się.

dziś miałam sny inne od wszystkich.

sen nr 1. uświadomił mi jak bardzo potrzebuję faceta który nie będzie mnie poniewierał.
zawsze szukałam w związkach facetów starszych, dojrzałych - jestem z tych małych dziewczynek które na imprezie trzeba pilnować, w domu potrafią wzniecić pożar w kuchni, w łóżku lubią być związywane a nie związywać, które trzeba dużo przytulać, prowadzić za rączkę, tankować auto, ocierać łzy gdy się rozpłaczą (nie znoszę facetów którzy płaczą), dawać kwiatki (najlepiej te kradzione z czyjegoś ogródka).
i miałam takiego faceta.
miałam.

wracając do snu - śnił mi się facet który był dla mnie ciepły, miły i mnie przytulał..
nawet nie wiem w którym momencie mojego życia to straciłam

postanowiłam, że takiego sobie poszukam.

sen nr 2. powrót do czasów liceum. chyba do najfajniejszego okresu w mym życiu. powrót do przyjaciół i tamtych murów.
jestem fanatyczką jeśli chodzi o zapach starych budynków.
np. włócząc się po zaocznych studiach - zazdrościłam studentom dziennym, że mogą obcować w murach uczelni na co dzień. w tych murach z tradycją, historią, o zapachu życia setek ludzi którzy się w nich uczyli.

(przyszedł kotek się poprzytulać)

jestem fanatyczką zapachu starych dzielnic miast, kamienic, budynków sądów, bibliotek, pałaców, zamków, dworów.. i parków przypałacowych - starodrzewia, zarośniętych alejek po których chodziły kiedyś damy w pięknych sukniach..

sen nr 3. śnił mi się właśnie taki przydworny park. biegłam gdzieś z moją starą przyjaciółką - boso po trawie. przez korony drzew prześwitywało wiosenne słońce. w oddali było widać stary dwór. nagle okazało się że z trawy wyłaniają się setki żab. małe żabki i wielkie ropuchy. starałyśmy się ich nie rozdepnąć. ale między dość wysoką trawą było ich tak dużo, że zdarzało mi się o nie otrzeć bosą stopą.
efekt dość nieciekawy ale nie bałam się ich. czułam, że jestem bezpieczna..

rano pamiętałam wszystkie te sny bardzo dobrze. żaby były na tyle charakterystyczne, że zajrzałam do sennika:

Sennik żaby




Sen z żabami może mieć bardzo różne znaczenie, zarówno dobre jak i złe. Żaby kojarzą się z czymś obrzydliwym odrażającym, ale znaczenie snów z żabami nie zawsze jest negatywne. Wszystko zależy, co dana żaba / żaby robią w śnie. Sny o żabach najczęściej przytrafiają się przedsiębiorcom, właścicielom firm, a także osobom samotnym, poszukującym drugiej połówki, a także osobom niezadowolonym ze swojej sytuacji materialnej. 

Jeżeli śnimy o łapaniu żab, to będzie oznaczać zaniedbanie swojego zdrowia, do tego stopnia, że rodzina i znajomi zaczną się bardzo martwić. 

Jeżeli w śnie ukazują nam się żaby skaczące w trawie, to znaczy, że na swojej drodze spotkamy zaufaną osobę, która stanie się naszym przyjacielem, bądź też wspólnikiem, czy doradcą.

Jeżeli jesteś kobietą i śniła ci się duża olbrzymia ropucha, to prawie jak w bajce – spotkasz na swojej drodze mężczyznę, z tym, że będzie to bogaty wdowiec, a nie młody, przystojny książę. Jeśli mężczyźnie śni się ropucha, to spotka on na swej drodze piękną kobietę, której powinien się strzec, bo zewnętrzne piękno go urzeknie, a jej czarna dusza zniewoli. 

Żaby taplające się w kałuży oznaczają zbliżające się problemy, z którym niełatwo będzie wybrnąć, koniecznie wtedy należy skorzystać z pomocy przyjaciół, a nie liczyć tylko na samego siebie.

Żaby pływające w stawie to zapowiedź dużej wygranej, bądź dużej ilości pieniędzy zdobytej w inny sposób np. spadek.

Jedzenie żab symbolizuje ulotne radości, chwilowe zagoszczenie w wyższej klasie, podwyższanie swojej godności osobistej, przedstawianie siebie bogatszego niż się jest w rzeczywistości.

Rechot żab będzie znaczył, że w niedługim czasie odwiedzi cię stary znajomy, rodzina, która od dawana cię nie odwiedzała, bądź jeśli jesteś mężczyzną – dziecko, o którym pojęcia nie miałeś. 

Jeśli zabijesz żabę we śnie to będzie oznaczać kłopoty z prawem, bądź też ktoś cię napadnie lub wdasz się w bójkę, którą przegrasz.


***
byłam dziś w sądzie. sędzia poprosił mnie o zeznania. pierwszy raz stałam przed sędzią zeznając. ciekawe doświadczenie. 
oby nigdy więcej. z wrażenia gdy zapytał na początek ile mam lat - upłynęły 2 sekundy zanim sobie przypomniałam..

piątek, 21 października 2011

nowy rozdział pt. egoistka i przygoda w lesie

zrobiłam dziś coś wbrew sobie - czego nigdy nie robiłam - bo mam pewne zasady w życiu których nie łamię.. a dziś je olałam..
jestem bardzo uczciwa i zazwyczaj dzięki swej naiwności i dobroci jestem przez życie w d... kopana.
dziś postanowiłam być egoistką.
nigdy nie mów nigdy - świetnie w tym przypadku pasuje.

***
wczoraj miałam przygodę z autem - w środku lasu skończyło mi się paliwo. zjechałam na pobocze na oparach i wezwałam na pomoc siostrę, która mnie z rowów zazwyczaj wyciąga. po dwóch kwadransach przyjechała. nalałyśmy paliwa i próbuję otworzyć drzwi od auta. okazuje się, że się zatrzasnęły. kluczyki w stacyjce. torebka z dokumentami, dwa telefony (mój i firmowy) na fotelu pasażera, klucze od domu także...
pomyślałam - co jeszcze?
nie minęło 5 minut - podjeżdża policja.
jedno jest pewne - mają szczęście, że nie wysiedli z auta bo strasznie mnie korciło żeby się na kimś wyżyć. zatem zmuszona zostałam do opuszczenia miejsca zdarzenia i pozostawieniu mojego autka (jedyna rzecz materialna którą posiadam) i udaniu się po zapasowe klucze do domu (cud, że tym razem nie miałam ich w torebce).
powróciłam po 45 minutach. autko na szczęście stało porzucone w rowie i czekało na mnie.

jak to mówi Marcin Ranek: "To tylko mnie się zdarza"

czwartek, 20 października 2011

od pewnego czasu marzę o drugim dziecku.
mój organizm się go domaga.
wszystko kojarzy mi się z różowym bobasem...
wszystko mi nim pachnie...

może to byłaby recepta na zmianę.
Bąbel by wydoroślał.
z Nami byłoby lepiej.
Ja byłabym więcej czasu w domu, poczułabym się znowu ważna.

a
może to by był początek katastrofy.

***
gdy byłam w ciąży z Bąblem byłam najważniejsza.
i myślałam, że jak go urodzę mój partner pokocha mnie jeszcze bardziej. cóż może być większym prezentem dla ukochanej osoby - jak nie dziecko? myliłam się.
zostałam totalnie odtrącona. zabrał mi Bąbla i nie pozwalał nic przy nim robić. jak już coś zrobiłam - poprawiał mnie i krzyczał, że nic nie potrafię. w dodatku byłam gruba i brzydka. popadłam w mega depresję. znienawidziłam go za to.. cały czas noszę w sobie tego skutki. i wiem że na naszym dziecku też to się odbije.
do dziś mam wypominane że jestem złą matką, że za mało czasu spędzam z Bąblem, że nie ma codziennie obiadu.. i takie tam żałosne gadanie..

teraz potrzebuję dzidziusia a boję się z nim go mieć.

***
problemy finansowe z jakimi się teraz borykamy to chyba jednak nie moment na dziecko nr dwa.

***

dlaczego musimy się tak ograniczać?
dlaczego nie możemy spełniać swych marzeń?

niedziela, 9 października 2011

byłam odcięta od netu - dlatego się nie odzywałam..

zresztą podsumowanie tego co się u mnie dzieje w jednym miejscu nie jest najlepszym pomysłem..

obserwuję jak moje dziecko rozwija się w rodzinie w której nie ma miłości i coraz bardziej zauważam tego skutki..
tzn. miłość jest ale tylko w jednym kierunku - do niego - nas obojga.. i to taka przerysowana..
chciałabym żeby był szczęśliwy - ale jak ona ma to zrobić jeśli jego rodzice nie są..
brakuje mi sił żeby tak dalej żyć..
brakuje mi sił żeby odejść..
wiszę w próżni.
zimno



środa, 14 września 2011

ANTIMATTER:                                                                     17.11 PIEKARY ŚL, 18.11 WARSZAWA, 19.11 WROCŁAW, 20.11 POZNAŃ 




pojadę im powiedzieć, że przy ich muzyce powstał nasz syn... :o)


Poznań oczywiście. Niedziela?



wtorek, 13 września 2011

doobrze mi

w domku...
rano przeciągać się leniwie.. słyszeć stópki synka który biegnie do mojego łóżka.. później wtulać się w jego włoski - myśląc - jeszcze chwile.. jeszcze dwie..
zjeść śniadanko dostarczone przez Niego gdy wstawał o 6.00 do pracy..
zaprowadzić ze spokojem Bąbelka do zerówki..
poplotkować z innymi mamami..
przy kawie z mamą..
na zakupach z siostrą..
przy słoikach z modra kapustą..
przy blogach swoich i innych w chwili między kuchnią a wieszaniem prania...
odbierając młodego z zajęć..
przy zupie od wczoraj..

dlaczego k... ciągle musimy się spieszyć?
dlaczego nie mamy dla siebie czasu?
dlaczego rzeczy które chcemy robić ciągle odkładamy na później?
a jak nie będzie później?

***

dobrze mi...

poniedziałek, 12 września 2011

jak większości z blogujących blog ma być terapią.. moją..
jeśli więc ma być terapią to znowu będę narzekać..

znowu poniosłam porażkę.
beczałam ze wściekłości - bo ona znowu jest górą...
moja migrena - od 4 dni rozrywająca mi skronie... w dzień i w nocy.
zawsze w tych ważnych momentach..
czuję się wtedy jak rozdepnięty robal.

korzystając z 3 dniowego L4 odpocznę, porobię badania, umówię z neurologiem, poszperam w necie za nowymi lekami - bo te stare przestają działać.
zobaczymy.

piątek, 2 września 2011

nostalgia - czyżby nadchodziła jesień?

wczoraj do sąsiada któremu właśnie żona umarła powiedziałam "dzień dobry"..
k.. jaka jestem głupia.
swoją drogą dziwne jest to że każdy z nas umrze a tak bardzo tej śmierci się boimy że nie potrafimy o niej myśleć, mówić...
wnikanie w sens życia przyprawia mnie o obłęd więc wolę nie myśleć...
czasem boję się że moja wrażliwość doprowadzi mnie kiedyś do niego.
nie radzę sobie z trudnymi tematami.
bo nie

dlatego podziwiam chore osoby które mają w sobie niezrównane pokłady energii i siły do walki.

jestem hipochondryczką.
 i lekomanką. głównie ze względu na powracające w najmniej odpowiednim momencie migreny.

***
gotuję barszcz.
jutro będę kleić uszka.

***
jestem ostatnio strasznie wyciszona.
albo sobie we głowie poukładałam, albo to cisza przed burzą.
przebywam dużo z Bąblem - ale to raczej burzliwy związek. mój syn ma charakterek.
dodatkowo wykorzystuje różnice poglądów między rodzicami co do jego wychowania.









wtorek, 16 sierpnia 2011

chciałabym wszystko zmienić...
może zacząć od nowa...
pracuję nad sobą?
czy tylko mi się tak wydaje..

środa, 10 sierpnia 2011

na wakacjach trafiliśmy do ośrodka wypoczynkowego - pełnego rodzin z małymi dziećmi. takich podobnych do naszej... obserwowałam ich tydzień i podzieliłam na trzy kategorie:
1. spontanicznych, pełnych radości i miłości, pewnych siebie, posiadających zaradne i odważne dzieci.
2. takich co kłócą się w pokojach, troszkę mniej kochają ale na zewnątrz są uśmiechnięci i mili, dzieci tych ludzi są uśmiechnięte i miłe..typowi pozerzy...
3. tych co się ze sobą męczą, tych co się kłócą nawet między ludźmi, tych co usiłują się uśmiechać przez łzy bo są na wakacjach, tych którym serce pęka gdy patrzą na swoje dzieci na tle tych z kategorii rodzin nr 1 - bo odbija się w nich smutek tego co się dzieje miedzy ich rodzicami, tych którzy patrzą daleko w morze i jego przenikające piękno odbija się w ich beznadziejnie smutnych oczach. tych co zazdroszczą tym pierwszym, że się im lepiej trafiło. bo przecież naszym życiem rządzą przypadki, małe kawałki układanki, zlepki wydarzeń które kształtują nas i nasze dzieci...
jest jeszcze kat nr 4. samotne matki...szukające pretekstu do rozmowy, szukające namiętnych spojrzeń znudzonych swoimi żonami panów, nadopiekuńcze dla swoich dzieci..

największą beznadzieją jest poczucie beznadziei...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

piątek, 5 sierpnia 2011

ciężko.

wakacje szybko minęły. w dodatku nie były to wakacje z moich wyobrażeń.

moja emocjonalna huśtawka jest już męcząca. tak jak zmienność stosunków między mną a nim.
czasem nie mam już siły i nadziei, że będzie lepiej. i mam wrażenie, że tracę z nim czas, że życie przemyka mi przez palce, że nie tak miało być..

poniedziałek, 18 lipca 2011

hehe

czasem życzenia się spełniają..

dwa dni temu:
"mam ochotę na jakąś szaloną imprezę..
napić się z przyjaciółmi i odpłynąć..
brakuje mi strasznie dookoła nas takich oddanych do bólu osób - trochę się pogubiliśmy - co, gdzie, z kim.. warto, nie warto.. "

no i stało się - odpłynęliśmy..

mała gromadka przyjaciół...
było ognisko, napoje wyskokowe przy których największe ognisko nie ma szans, mecz piłki nożnej na trawniku o 2 w nocy, bieganie bez gaci, wyścigi rowerowe, kilku rannych, dobra muzyka nie tylko z nadajnika muzycznego - my darliśmy się głośniej...
dziękuję towarzyszom, przepraszam sąsiadów...

polecam takie katharsis każdemu zmęczonemu codziennością..

środa, 13 lipca 2011

jedziemy?

w letnich klimatach - choć troszkę tu i tam zimno - popijamy piwko..

jest dobrze.

z natury jestem męczenniczką. więc trochę dziwnie czuję się w takich warunkach.

męczenniczka od zawsze - trochę poetka - strasznie emocjonalnie podchodząca do wszystkiego, strasznie romantyczna i do tego sentymentalna do bólu..

mam ochotę na jakąś szaloną imprezę..
napić się z przyjaciółmi i odpłynąć..
brakuje mi strasznie dookoła nas takich oddanych do bólu osób - trochę się pogubiliśmy - co, gdzie, z kim.. warto, nie warto..

jak to jest, że człowiek im bardziej odurza swoje ja, tym jest  bliżej siebie?
lubię być odurzona.. miłością, alkoholem, szaleństwem..
to daje poczucie wolności.
może to złudne uczucie, ale warto żyć dla tych chwil.
jedno jest pewne - mamie małego chłopca uczucie wolności jest bardzo wskazane..
trochę to tak iż przywykliśmy do siebie i staramy się zaspakajać nie tylko potrzeby innych - przede wszystkim dziecka -ale także zaczynamy znów myśleć o sobie.

jeszcze dwa lata temu w chwili kiedy choć trochę odczuwałam wolność wraz z tym uczuciem miałam wyrzuty sumienia że tak jest.
może w chwili gdy pojawiła się opcja dziecko - nie byłam na to gotowa? nie dojrzałam do tego?
czy żałuję?
nie - nigdy nie żałowałam nawet przez sekundę.
najważniejsze by z każdej historii  wyciągać wnioski i mądrzej żyć..

...

niedziela, 3 lipca 2011

...

jest leniwie i beztrosko.
dobry czas na przemyślenia.
chciałabym żeby całe wakacje tak było.
uczymy się żyć tylko własnym życiem.
inni za dużo mieszają.
jesteśmy od siebie uzależnieni.
ostatnio w nocy napadło mnie straszliwe uczucie.. płacz...
myśl o tym że któreś z nas kiedyś umrze napawa mnie strasznym przerażeniem.
nie potrafię sobie wyobrazić życia bez...
tak sobie pomyślałam że to dobry moment ażeby się oświadczyć.
mieć drugie dziecko.
pomyśleć o nas.
zacząć robić to o czym marzymy.
a nie marzyć.

...

Słuchać w pełnym słońcu, jak pulsuje ziemia
Uspokoić swoje serce, niczego już nie zmieniać
I uwierzyć w siebie, porzucając sny
To twój bunt przemija, a nie ty.

Ref:
Nie wiesz
Nie wiesz
Nie rozumiesz nic

Widzieć parę bobrów przytulonych nad potokiem
Nie zabijać ich więcej, cieszyć się widokiem
Nie wyjadać ich wnętrzności, nie wchodzić w ich skórę
Stępić w sobie instynkt łowcy, wtopić w naturę.

Ref: x2

Wybrać to co dobre, z mądrych starych ksiąg
Uszanować swoją godność, doceniając ją
A gdy wreszcie uda się, własne zło pokonać
Żeby zawsze mieć przy sobie, czyjeś ramiona.

Ref: x2

Wyczuć taką chwilę w której kocha się życie
I móc w niej być stale na wieczność w zachwycie
W pełnym słońcu dumnie, na własnych nogach
Może wtedy będzie można ujrzeć uśmiech Boga.

Ref: x2

Przejść wielką rzekę
Bez bólu i wyrzeczeń

wtorek, 21 czerwca 2011

cisza

jakoś tak ostatnio wyciszyło się trochę dookoła mnie..

wiem, to pozory i boję się co przyniesie jutro.

żyję też nadzieją, że uda się choć na kilka dni wyjechać.. już nie na Mazury.
Mazury muszą poczekać..
nad morze, którego to nie widziałam od 6 lat... którego Bąbel nie widział nigdy.
tęsknię.
choć tęsknię tylko za nim. bo sama atmosfera naszych nadmorskich miejscowości odpycha mnie strasznie.

swoją drogą tak się wyciszyłam na tym naszym pustkowiu, że dziwnie się czuję w dużych skupiskach ludzi.
doprowadza mnie do furii ten ich pęd. chce mi się krzyczeć. nie wiem czy to normalne, ale tak mam.

sobota, 11 czerwca 2011

Ognisko

najgorsza impreza to taka z której nie można wyjść.
w moim przypadku ognisko które wczoraj u nas zorganizowałam.
i koleżanka z pracy zarywająca twojego faceta - dobrze wiedząc że mamy problemy.. zwierzałam jej się.
i osobisty facet który potrafi być miły... przynieść drinka.. zażartować... poflirtować... NIE ze mną.
czyli jednak potrafi być miły.. to na mnie mu nie zależy?
smutno mi k.... bardzo smutno.
resztki mojej nadziei na lepsze jutro właśnie wygasa - jak te ognisko...
smutek pożera mnie od wewnątrz. właściwie nie czuję nic innego.
jestem jeszcze trochę zła, że zamiast kupić sobie nowe buciki, sukienkę zorganizowałam to pieprzone ognisko.
by się tego dowiedzieć.

poniedziałek, 30 maja 2011

stara panna z dzieckiem..

czasami tak się przedstawiam znajomym..

jestem niczyja.
brakuje mi więzi jaka łączy dwie osoby. kobietę i mężczyznę. tej magii.
wiem że to dało by Bąbelkowi warunki do wychowania w cieple i poczuciu bezpieczeństwa.
boję się co z niego wyrośnie.
czasami nie mam na niego już siły.
***
szukam wzoru na tatuaż
pomysłów mam kilka.
***

myślę o wakacjach.
tak bardzo chciałabym gdzieś wyjechać w tym roku.
z drugiej strony się ich boję.
chodzą mi po głowie Mazury...
***

wtorek, 24 maja 2011

pada

za oknem majowy deszcz..
stan w jakim się znajduje nijak da się określić..
mam zbyt wiele i mam tego świadomość ażeby mieć depresję..
chciałabym tylko odpocząć od samotności. napić się z przyjaciółmi. wypłakać na czyimś ramieniu.
obmyć smutek w strugach deszczu. posiedzieć przy ognisku. nie czuć się w domu w którym pomieszkuję intruzem. nie myśleć o tym że marnuję tu życie - może z kimś innym byłabym szczęśliwsza?
gdybym tylko miała odwagę zatrzasnąć za sobą drzwi.
DRZWI mojego wymarzonego i wyśnionego domu.
nie szukam innego partnera.. tzn. nie próbuję. choć ktoś mi kiedyś powiedział że życie nie lubi próżni..
że pustka się z czasem zapełnia czy tego chcemy czy też nie.. nigdy nie byłam porzucona, sama, samotna..
zawsze to ja byłam osobą która rzuca...
hmm..

niedziela, 22 maja 2011

bez..

człowiek bez miłości jest nikim.
umiera
brzydnie
usycha
marnieje
znika

kiedyś wymyśliłam taką teorię o tym dlaczego ludzie łączą się w pary:
lubimy być obserwowani.
potrzebujemy mieć świadków tego co robimy. nawet tych najbardziej prozaicznych czynności.
bez tych obserwatorów nasze życie jest nieważne.
potrzebujemy dzielić z kimś radości i smutki.

samotność jest okrutna.

pomijam inne sfery bycia samotnym. bo jakoś myśleć o tym nawet nie mam siły.

niedziela, 15 maja 2011

ironia

najgorsze jest to że wszędzie jest tak pięknie..
wszystko rozkwita, wszyscy się uśmiechają a ja już nie mam siły uśmiechać się na siłę.
martwię się o Bąbelka. strasznie się martwię. tylko o niego.

w matni

weekendy są ażeby spędzić je w rodzinnej atmosferze..
weekendy są by odpocząć, naładować baterie na przyszły tydzień..
spotkać się z przyjaciółmi, zrobić zakupy, wypić piwko, wyspać..

w piątek nie dostałam kredytu o który się starałam (no tak! piątek, 13go pomyślałam..)
i wróciłam do domu bez grosza na resztę miesiąca...
w sobotę miałam się spotkać z przyjaciółmi ale konkubent nie pozwolił mi wyjść z domu szantażując i oskarżając o to, że jestem złą matką i jak zwykle (nie byłam nigdzie sama przez 5 lat) sobie wychodzę..
w niedzielę po raz drugi mnie uderzył.. mój Bąbelek musiał na to patrzeć..
nie czuję NIC
wzięłam dziecko na przejażdżkę rowerową..
wróciliśmy.
Bąbelek położył się o 18tej do łóżka z płaczem - bolała go główka.
on twierdzi, że przez przejażdżkę rowerową. w skrócie, że przeze mnie.
ja myślę, że z nerwów.
nie mam siły na nic..
nie mam siły..

jeszcze do niedawna myślałam, że zostanę tu dla dobra dziecka..
dziś myślę, że dla dobra dziecka powinnam odejść..

wtorek, 10 maja 2011

w co wierzyć?

Hymn o miłości

1 Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, 
a miłości bym nie miał, 
stałbym się jak miedź brzęcząca 
albo cymbał brzmiący. 
2 Gdybym też miał dar prorokowania 
i znał wszystkie tajemnice, 
i posiadał wszelką wiedzę, 
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił. 
a miłości bym nie miał, 
byłbym niczym. 
3 I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, 
a ciało wystawił na spalenie, 
lecz miłości bym nie miał, 
nic bym nie zyskał. 
4 Miłość cierpliwa jest, 
łaskawa jest. 
Miłość nie zazdrości, 
nie szuka poklasku, 
nie unosi się pychą; 
5 nie dopuszcza się bezwstydu, 
nie szuka swego, 
nie unosi się gniewem, 
nie pamięta złego; 
6 nie cieszy się z niesprawiedliwości, 
lecz współweseli się z prawdą. 
7 Wszystko znosi, 
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję, 
wszystko przetrzyma. 
8 Miłość nigdy nie ustaje, 
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą, 
albo jak dar języków, który zniknie, 
lub jak wiedza, której zabraknie. 
9 Po części bowiem tylko poznajemy, 
po części prorokujemy. 
10 Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, 
zniknie to, co jest tylko częściowe. 
11 Gdy byłem dzieckiem, 
mówiłem jak dziecko, 
czułem jak dziecko, 
myślałem jak dziecko. 
Kiedy zaś stałem się mężem, 
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
12 Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; 
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: 
Teraz poznaję po części, 
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany. 
13 Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: 
z nich zaś największa jest miłość.


środa, 4 maja 2011

zimno...

nie znoszę zakochanych..
nie znoszę mizdrzących się do siebie ludzi..
jestem strasznie samotna w swoim świecie..
zimna..

wtorek, 26 kwietnia 2011

dom...

co zrobić jeśli marzenia tworzone od lat stają się zupełnie nie twoje..
co zrobić jeśli dom który próbowałam stworzyć z człowiekiem którego kochałam nie jest już domem..
co zrobić z domem który razem zbudowaliśmy, w którym jest cała moja dusza, wszystkie moje wyobrażenia o przyszłości i niespełnione marzenia..
co zrobić z dzieckiem które obydwoje kochamy ponad życie..
co zrobić ze strachem kiedy on podnosi rękę a ja u ułamku sekundy myślę, że ma w ręce NÓŻ..
co zrobić z synem który płacze gdy na siebie krzyczymy...
co mu powiedzieć.. jak pomóc mu zrozumieć kiedy sama nie rozumiem..
nasz dom umiera. cierpię razem z nim. ale moje cierpienie jest niczym w porównaniu z pogmatwanymi myślami w główce mojego Bąbelka. tak strasznie mi go żal, że musi na to patrzeć.

niedziela, 3 kwietnia 2011

ewolucja...

fascynujące jak człowiek z wiekiem ewoluuje jeśli chodzi o upodobania muzyczne...
ostatnie laty strasznie mi brakuje czasu na muzykę. kiedyś duuuużo słuchałam.

fascynujące jest to jakie teraz są możliwości odbioru muzyki i samej dostępności..
wspominając zdobywanie dźwięków na kasetach, nagrywanie z radia, odsłuchiwanie na KASPRZAKU..
informacje o kapelach z encyklopedii (encyklopedia Rocka) lub gazet (Tylko Rock czy Metal Hammer)
kurde. wszystko było bardziej magiczne.

to tak jak teraz z dziećmi i zabawkami - mają ich za dużo i nie potrafią się nimi tak cieszyć jak my kiedyś..

z drugiej strony obserwując siebie i swój rozwijający się gust muzyczny z dostępem do tak wielu źródeł..
może byłabym całkiem kimś innym..

zabrzmiało jakbym miała sto lat. mam trzydzieści... wszystko przed nami.

ps. właśnie - co do rozwoju i muzyki - zachciało mi się powrócić do czasów dzieciństwa - chcę "powrócić" do gry na pianinie - szukam instrumentu..

środa, 30 marca 2011

...

czasami chce mi się krzyczeć gdy stoję na środku drogi bo skończyło mi się paliwo...
czasami chce mi się płakać gdy wytrząsam ze skarbonki syna ostatnie dwa złote na mleko, bułkę..
czasami już nie mam siły by walczyć z...
no właśnie - czym???  BIEDĄ???
przecież mamy piękny dom, dwa samochody, pracę..

to co jest k... nie tak?

dlaczego nie możemy spełniać swoich choć najmniejszych marzeń bo wiecznie brakuje na to pieniędzy?

nie chcę narzekać. zastanawiam się dlaczego przeciętna pracująca rodzina nie może się utrzymać? mieć na wakacje raz w roku. mieć na wódkę by zaprosić przyjaciół na weekendowy RESTART. mieć na wyjazd do kina, na basen.

nasza lodówka znów ma w środku tylko światełko a ja nie rozumiem...

wtorek, 22 marca 2011

niewola...

Niewolnictwo
jak samo słowo  wskazuje jest wtedy gdy nam czegoś nie wolno.
i to nie nie wolno bo coś tam, tylko naprawdę nie i koniec.

ja jestem zniewolona swoją migreną.
od kiedy pamiętam od czasu do czasu boli mnie głowa i to tak, że mogę napisać iż jest to czynnik który po części kształtuje moje życie.
oczywiście wszystko zależy od mojego stanu psychicznego:
czasem ryczę ze wściekłości, że znowu coś podporządkowuję bólowi.
czasem zaciskam zęby i udaję, że nie boli. do pierwszego hafta..
czasem leżę nieprzytomna i czekam aż przestanie.

fakt jest taki iż wybierając posiłek, napój, środowisko, zajęcia, imprezy, wyjazdy ukierunkowuję wszystko trochę pod kątem tego co mnie zniewala..

fakt jest taki, że da się z tym żyć - są naprawdę świetne leki które pomagają - ja od kilku lat taki lek mam. i nie chcę wracać myślami do chwil sprzed paru lat gdy go nie było..
wtedy wszytko działo się pod dyktando mej głowy.

STRES.
dla nas - migrenowców - stresem jest fakt powrotu bólu - sam strach przed bólem głowy może wywołać ból głowy - dlatego tak ważna jest tutaj psychika.
dla nas stresem jest nie posiadanie leku który nam pomaga w najbliższej szafce, torebce, kieszeni, szufladzie biurka..

WYROZUMIAŁOŚĆ OTOCZENIA
dla nas - migrenowców - ważna jest akceptacja otoczenia i wyrozumiałość.
w pracy - fakt iż nie mogę zawalić jakiegoś terminu - stres
w domu - fakt iż nie ma kto być z synem - stres

osobiście po kilku tygodniach codziennego, nieustającego bólu głowy zrezygnowałam z pracy.
skończyło się tak iż szef zaproponował mi inne stanowisko i pracę na 3/4 etatu... za co jestem mu wdzięczna.

wtorek, 15 marca 2011

pasje..

najważniejszym w odszukiwaniu swych pasji jest otwarcie na świat...

długo wydawało mi się, że jestem nieokreślona co do kierunku w którym pójdę. tak-pójdę. nie-poprowadzi mnie los...
ci którzy mają wrodzony talent do czegokolwiek mają łatwiej - wiedzą czego chcą od losu i łatwiej im ukształtować swoje pasje. ja szukałam, szukam i będę szukała pewnie jeszcze długo...

jestem milionem przeciwieństw.
muzyka ostra, głośna ale melodyjna.
ogród  naturalny ale symetryczny.
bałaganiarstwo z nerwicą natręctw.
architektura surowa, ascetyczna + uwielbienie dla dworów i pałaców.

długo zajęło mi też zrozumienie, że z moim wykształceniem i zawodem będę nieszczęśliwa..

obecnie będąc na rozdrożu wiem najważniejszą rzecz - banał - robiąc coś na dłuższą metę i zmuszając się do tego nigdy szczęścia nie osiągniemy.

życie tak musimy sobie ukształtować by żyć z pasją.

w tej wielkiej, ciemnej przepaści jakiej się znalazłam doznałam olśnienia. odbijając się od dna tej beznadziei poczułam siłę jakiej nie doznałam nigdy dotąd.

żyłam samotnie,
żyłam bez przyjaciół,
żyłam bez muzyki,
żyłam bez pisania,
żyłam bez czytania,
żyłam bez chęci do życia,
budziłam się rano i marzyłam o tym żeby już była noc,
żeby zasnąć,
żyłam bez pasji...

ile lat? nie chcę tego wiedzieć.
liczy się tu i teraz.

niedziela, 27 lutego 2011

mój masochizm

moje życie wykreowało dwóch facetów...

OJCIEC
zawsze ze mnie niezadowolony... z którym nigdy nie rozmawiałam tak normalnie.
i czasami czułam się winna, że nie potrafię z ojcem rozmawiać... już jako dziecko.
i czasami próbowałam zrozumieć co go ukształtowało i patrzeć na niego przez ten pryzmat.
wtedy jego obcość była mi bliższa.
zawsze w maleńkich chwilach gdy było odrobinę miło strasznie się bałam  przemijalności tej maleńkiej chwili...

MÓJ (partner życiowy, konkubent - jak kto woli)
wyobrażenia o życiu z nim nigdy nie miałam. nikt nie wie od ilu lat jesteśmy ze sobą bo nigdy nie było żadnej ważnej daty - jak w innych związkach.. rocznice, kwiaty.. miało być oryginalnie.
znamy się od 15 lat... dla proporcji dodam, że mam lat 30..
kiedyś płakałam w jego pierś mówiąc o ojcu.
dziś on jest taki sam. i jak tu k.... nie wierzyć iż szukamy sobie kopii ojców na partnerów!???!
nie wiem jak to się stało.
może to ja tak wpływam na mężczyzn? może to ja ich tak kształtuję? może to ja ich tak postrzegam?
zimny, chamski, obojętny... brak mi słów. a może nie chcę żeby te słowa istniały?
od kilku lat już nawet nie płaczę. nie mam łez.
i czasami zastanawiam się jak długo jeszcze wytrzymam..
i czasami patrzę na siebie w lustrze i widzę osobę której nie poznaję.. nie. to nie starość, to nie dojrzałość. to brzydota przenikliwie smutnej twarzy...przenikliwie smutnych oczu...brzydota samotności...strachu...bólu...
zawsze w maleńkich chwilach gdy jest odrobinę miło strasznie się boję przemijalności tej maleńkiej chwili...

gdzie w tym sens?

mamy SYNA...
mój trzeci facet o którym nie chcę pisać w poście o tamtych dwóch wyżej - to nie ta kategoria!

czwartek, 24 lutego 2011

postanowienie cd

miało być postanowienie. minęła doba i nie wiem dlaczego tak właśnie nazwałam ten post..
tak wyszło samo z siebie. widocznie chciało.

w gruncie rzeczy zaczęło się od postanowień - noworocznych i mniej..

postanawiam:
* zrobić wszystko, żeby robić to co kocham
* dać synowi miłość, cierpliwość, mądrość i ciekawe życie
* odbudować NAS DWOJE
* odzyskać przyjaciół
* dać sobie czas

gdzieś ostatnio czytałam iż człowiek jest zdrowszy i szczęśliwszy gdy ma czego chce. nie chodzi tu o rzeczy wielkie. chodzi o zaspakajanie tych najbardziej prozaicznych potrzeb tak jak tego sobie życzy organizm. chce mi się pić - piję, jeść - jem, kochać - kocham lub kocham się.. i to najlepiej w tej chwili w której mi się zachce. ograniczenie samego siebie jest na dłuższą metę bardzo męczące...

gdzieś ostatnio czytałam iż jeśli chcemy ażeby blog był dobry, poczytny itd musi być konkretnie i o czymś, zdania muszę być proste i zwięzłe.. mój jest kwintesencją tego czym nie jest dobry blog. aczkolwiek już niedługo będzie o konkretach..

środa, 23 lutego 2011

postanowienie

nie jest łatwo pisać bloga gdy ma się zaledwie kilka minut czasu by zebrać myśli -
je mam tę chwilę gdy Bąbel się kąpie. a raczej jest kąpany bo tradycją domu jest fakt iż kąpie i układa do snu go tata.

każdemu z nas potrzebna jest czasem samotność.. a właściwie czas dla siebie. słowo samotność jakoś źle mi się kojarzy...

czasem czuję się uwięziona w tym co tworzę z moim partnerem. zniewolenie, patologia? toksyczny związek???

sobota, 19 lutego 2011

ja

podczytując inne blogi mam wrażenie, że albo piszący kreują sobie nazbyt piękną rzeczywistość.. albo nie ma w miejscach do których trafiłam takich ludzi jak ja..

w odniesieniu do nich mogę napisać iż nie jestem z miasta, nie mam ciekawej pracy (w zasadzie nie mam jej wcale), nie chodzę co tydzień do kina, teatru, na basen, nie jestem córką lekarzy, profesorów, pochodzę z dobrego, z bogobojnymi ludźmi domu, gdzie nigdy się nie przelewało, w podstawówce nigdy nie jeździłam z dziećmi na wycieczki bo nas nie było stać, w liceum utrzymywała mnie przyjaciółka i starsza siostra, na studia musiałam zarobić sama.. i nie piszę tego dlatego żeby komuś mnie było żal. bardziej chciałabym napisać o tym co mnie ukształtowało...

mam 30 lat. mój syn ma lat 5,5. chciałabym ażeby w życiu miał łatwiej.
ażeby nie musiał marzyć o zabraniu mamy nad morze (moja mama nigdy morza nie widziała),
ażeby nie musiał wwąchiwać się w mury uczelni by uchwycić to czego nigdy nie będzie miał - życie studenckie - ja studiowałam zaocznie - po pracy, gdy studenci balowali...
ażeby w odpowiednim wieku był na tyle ukształtowany by wybrać sobie zawód który będzie kochał i który go będzie rozwijał.
ażeby nie popełniał moich błędów.

jeszcze siebie odnajdę zobaczycie...
strasznie się pogubiłam w tym wszystkim...

mój blog ma być moją terapią. zawsze miałam dużo do napisania. gdy coś zapisałam stawało się to wyraźniejsze, bardziej poukładane.

czwartek, 17 lutego 2011

hmm

Zamieszkałem w lesie, ponieważ chciałem żyć świadomie. 
Chciałem czerpać ze źródeł życia samą jego istotę.
Odrzucić wszystko, co nie było nim, by w godzinę śmierci nie odkryć, że nie żyłem.
— Henry David Thoreau


środa, 16 lutego 2011

tylko moje

i gdy sięgam do szuflady po ulubiony kubeczek by sparzyć sobie kawkę, gdy w kuchni pachnie zupą warzywną dla moich chłopaków, w głośnikach Tool czuję, że robię dobrze...

jestem szczęśliwa

i to tylko moje

kura domowa

by odnaleźć równowagę i harmonię którą utraciłam powracam do domu by zostać kura domową..

korzystając z zamieszania wymykam się z dotychczasowego zajęcia - mała firma z perspektywami, branża reklamowa, pani wszystkorobiąca - wprost niezastąpiona usuwa się w cień swoich współpracowników - oni myślą że awansują.. ja wiem, że nie - nie jestem dobrym materiałem do programowania, toteż szybko nudzę się panu prezesowi i z asystentki i wszystkowiedzącej wiedźmy Ple Ple staję się wszystkowiedzącą nieulubienicą - myślałam, że odetchnie kiedy mu powiem, że nie chcę już z nim współpracować a tu  niespodzianka - odmawia, namawia, "zastanów się" mówi - "gdzie teraz znajdziesz szybko pracę..."
ja nie szukam..
nie chcę..

wypalona

bo jakże można nazwać człowieka który ma 30 lat, faceta, dom, zdrowie, rodzinę, 6 letniego synka, przyjaciół... (niekoniecznie w tej kolejności)
 i któremu nie chce się żyć???

na szczęście pewien psychiatra nauczył mnie kiedyś rozróżniać depresję od...

jeśli człowiek od dwóch lat robi rzeczy których nie lubi, nie znosi, nienawidzi musi w końcu pęknąć..

chcę być na dobrej drodze i wierzę, że na niej jestem...

poniedziałek, 14 lutego 2011

wstęp

to chyba dobrze jeśli coś co jeszcze wczoraj miało nazywać się NIC dziś ma tytuł "wszystko co mam..."?

to chyba dowód na to ile psychika potrafi zrobić z człowiekiem.
to chyba dowód na to, że w życiu nie są tak b. istotne rzeczy wielkie tylko te malutkie kreujące całą rzeczywistość.

co mam do zaproponowania?
eksperyment..

kocham pisać.
nie pisałam od 5 lat.
boli mnie w środku wszystko.
pisanie pomagało mi regulować stan umysłu. odnajdować harmonię między rzeczywistością a sferami ducha.
a DUCHA to mam strasznie niesfornego. ostatnio tak daje mi w kość, że nie potrafię sobie z tym poradzić.
postanowiłam poszukać u źródeł.
w mojej głowie...

brzmi strasznie.

od kilku tygodni budzę się i zasypiam z zamiarem napisania..
więc JESTEM.