środa, 14 grudnia 2011

żeby nie oszaleć z samą sobą, wśród niezrozumienia, głupich myśli, samotności i ciężkich westchnień sprzątam..
szoruję, myję, odkurzam, prasuję, segreguję, układam, wyrzucam..
może jak posprzątam dookoła ułoży się też w mojej głowie.

na przekór ostatnim zdarzeniom, kłótniom, i niszczycielskiemu pędowi w stronę samounicestwienia chcę ażeby święta były spokojne.. ciche.. rodzinne..

to nie jest tak, że w moim życiu nie ma miłości. JEST.
jest to trudna miłość.
może i toksyczny związek.(?)
może jestem masochistką. (?)
może wierzę w szczęśliwe zakończenia. (?)

ile spała ta pieprzona śpiąca królewna zanim ją ten frajer pocałował???

czwartek, 8 grudnia 2011

dwa sny

w zeszłym tygodniu śniło mi się...
byłam z dwoma chłopcami (synami) w parku. siedziałam na ławce a chłopcy stali na przeciwko mnie. rozmawialiśmy, śmialiśmy się, coś dla nich wyciągałam z torebki.
nagle podeszła do nas kobieta ze sztyletem w dłoniach. był wielki i ciężki. trzymała go dwoma rękoma i wbiła mi go centralnie w sam szczyt czaszki.
chłopcy na to patrzyli.
wstałam z ławki. po czym upadłam twarzą na parkową ścieżkę.
w głowę było mi bardzo gorąco, bolała, ale już za chwilę gdy zauważyłam kątem oka kałużę krwi, robiło się błogo, świat uciekał.
nade mną stali chłopcy.

dziś w nocy śnił mi się...
ciąg zdarzeń. jakaś impreza, wracam z przyjaciółmi do domu. dziwne połączenie moich znajomych, którzy nie znają się nawzajem w rzeczywistości.
idziemy ulicą na której mieszkałam w dzieciństwie.
nagle pojawia się za nami kobieta z nożem. wbija mi go w potylicę. czuję straszny ból. nie tak jak ostatnio ciepło i błogość, tylko przeraźliwy ból. mój kolega, który ze mną był próbuje mnie bronić, ale jest za późno.
następna scena.
leżę w pokoju sparaliżowana. nie mogę się ruszyć. jest tam też kobieta która wbiła mi nóż w tył głowy.
boję się.

przypadek?

nie wiem.
***
może to przez to, że ciągle boli mnie głowa.

dlaczego dwa razy to samo?
myślę..

wtorek, 6 grudnia 2011

nie mam sekundy dla siebie,
a zostałam oskarżona o zdradę..

nie wychodzę prawie wcale z domu,
a ponoć mam kochanka..
(chyba wirtualnego)

każdego dnia dowiaduję się o sobie nowych rzeczy.
każdego dnia walczę o przetrwanie. w ciszy, samotnie.
jedynym moim upustem emocji jest to miejsce - choć mam tutaj też ograniczony czas.

panicznie boję się przyszłości.
dom w którym mieszkam (a raczej sprzątam i zajmuję salonową kanapę) nie jest od dawna domem.
mam w tych ścianach tyle marzeń...
i tylko marzeń.
pozwolicie, że trochę popłaczę?

gubię się w tym wszystkim. boję się zagubić w tym synka. boję się, że jego mała raczka wyślizgnie mi się, że go popsuję, i że odpokutuje za to co robimy przez resztę życia.. jego psychika.
jest już duży, obserwuje, koduje, przeżywa..

zbliżają się święta.
nienawidzę świąt!
nienawidzę filmów o miłości.
nienawidzę ściskających się par.
nienawidzę karierowiczów i szczurów.

kocham mojego synka.
staram się kochać siebie.
lubię mruczenie mojego kotka.
kocham moje chwile samotności.
ukrytego papierosa..
głośną muzykę w samochodzie,

chcę być wolna.

czwartek, 1 grudnia 2011

błąkam się po domu.
moje nastroje są straszliwie zmienne - od euforii do kompletnej apatii, i tak w kółko..
nie radzę sobie - a jednocześnie walczę ze sobą wewnętrznie - nie chcę wracać do przeszłości..
***
boję się, że to się odbije na Bąblu..

mam dość jęczenia, narzekania ale zbyt mało siły by stawić czoło ŚWIATU

***
wskazówka życia
ukazała mi ciepło twoich ust,
lecz... zatopiłam wzrok w zimnym zielonym 
szkle nadziei,
może przyjdzie jeszcze świt..