poniedziałek, 7 listopada 2011

nowe dni przynoszą przyciągające się jak magnes porażki.
walka o przetrwanie zaczyna przypominać prymitywną walkę o ogień.
moje wahania nastrojów są nie do zniesienia.

karcę sama siebie w myślach gdy pojawia się opcja, że już nie dam rady.
w najgorszym przypadku - nie sprzątam w domu, nie myję się.. totalny dół, próżnia, zawieszenie, nicość..

z niej tylko mój mały synek mnie wyciąga.
wtedy mówię sobie - weź się w garść i nie grzesz więcej - masz zdrowego szkraba i sama (chociażby fizycznie) jesteś zdrowa więc po co ten płacz..
wszystko będzie dobrze..
nawet kiedy mały spada z karuzeli i prawie wybija sobie oko gdy ja stoję trzy metry od niego...
co k... wtedy mam myśleć?
ostrzeżenie?

przepraszam!

później kolejny wykład na temat tego jaką jestem dobrą matką.

znalazłam sposób na spanie bez snów. w ogóle na spanie. bo z snem u mnie ostatnio kiepsko.
(to mówię ja - największy śpioch w okolicy..)

wykorzystuję też terapię LEGO. siadamy z Bąblem na dywanie i budujemy...
nasz świat z maleńkich klocków...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz